Gry wyścigowe

gryk Recenzje

Historia wyścigówek (nie mylić z samochodówkami) sięga czasów pierwszych konsol. Nic więc dziwnego, że jest to aktualnie jeden z czołowych gatunków gier video. Prawdziwy rozkwit ścigałek nastąpił na pierwszych komputerach klasy PC wyposażonych w poczciwego „Windowsa”. Pojawiły się wtedy pierwsze poważniejsze produkcje takie jak chociażby tytuły z serii „Need for Speed”.

Swoją przygodę z wyścigówkami rozpocząłem od jakiejś przeciętnej i mało znanej produkcji, której nazwy już dzisiaj nie pamiętam. Tytuł ten pokazał mi o co tak naprawdę chodzi w tego typu grach i na czym cała zabawa polega. Pierwszą znaną produkcją, w którą grałem długo i namiętnie, był Need for Speed: Porsche 2000 (znany również jako NFS: Porsche Unleashed). Gra Elektroników była moją pierwszą wirtualną miłością i sprawiła, że zapałałem uczuciem zarówno do serii jak i do całego ogólnie pojętego gatunku ścigałek.

Warto wspomnieć, że gry z tamtego okresu nie miały nic wspólnego z realistyczną rozgrywką. Grafika również pozostawiała wiele do życzenia, ale nie to było dla mnie najważniejsze. Grając w kultowe „Porsche” miałem nieodparte wrażenie, że gra w pełni spełnia swoją podstawową funkcję – bawi i daje frajdę z rozgrywki. Pamiętam, że spędziłem nad tytułem naprawdę długie godziny i nie raz zdarzyło mi się zarywać nocy z powodu syndromu „jeszcze jednego wyścigu”. Jako, że nigdy nie żałowałem czasu spędzonego przy tej odsłonie serii, bez wahania dałem szansę kolejnej grze z „Need for Speed” w tytule, która wpadła mi w ręce. Mam tutaj na myśli drugiego Undergrounda, który co prawda nie zachwycił mnie tak jak jego kultowy poprzednik, ale zmiana realiów i klimatu nie zaszkodziła temu tytułowi i spokojnie możemy go ustawić na półce z napisem „bardzo dobre gry”.

I tu niestety nastąpił smutny koniec. Kolejne odsłony kultowej serii ścigałek od EA znacznie odstawały od swoich chwalebnych poprzedniczek i wolę nie wypowiadać się na ich temat, gdyż nie wiem czy nasz polski słownik posiada wystarczająco ostre słowa na wyrażenie moich emocji dotyczących tychże produkcji. Zostawmy na chwilę tą serię i przejdźmy do kolejnego tytułu, który wpadł w moje łapki – Juiced 2: HIN. Niestety z przykrością stwierdzam, że i ta produkcja i nie wywołała u mnie przesadnego zachwytu. Widać, że niektórym twórcom po prostu brakuje ciekawych pomysłów, a Juiced 2 można sklasyfikować jako mierną graficznie wyścigówkę żerującą na popularności filmów z serii „Fast and Furious”. Kolejna ścigałka, nic nowego, zaliczyć i zapomnieć. Następną grą, z którą miałem do czynienia, był Need for Speed: Pro Street. O ile tytuł ten nie był wcale zły pod względem rozgrywki, to niestety wizualna strona produkcji okazała się kompletną klapą. Ludzie przypominający kartonowe pudła i trasy wyścigowe rodem z prymitywnych komiksów nie zachęciły mnie do dalszego grania i stosunkowo szybko zrezygnowałem z tej pozycji.

Elektronicy złapali u mnie kolejnego wielkiego minusa a ja, nie zniechęcony miernym poziomem „Pro Streeta”, przeskoczyłem do kolejnego tytułu – Race Driver: GRID. Produkcja ciekawa i wnosząca spora do gatunku, ale zarazem pozostawiająca po sobie pewien niedosyt. Do gustu nie przypadł mi stosunkowo wysoki poziom trudności. Uważam, że twórcy nieco przegięli przy tworzeniu realistycznego modelu rozgrywki, w wyniku czego niektóre wyścigi były niezwykle trudne do ukończenia, a co dopiero mówić o jakimkolwiek zwycięstwie. GRID to niewątpliwie graficzny wyznacznik w swojej kategorii, ale gra nie zaoferowała mi „funu” jakiego mógłbym po niej oczekiwać. Ostatnią sprawdzoną przeze mnie ścigałką, w którą grałem całkiem sporo i w zasadzie męczę ją do dnia dzisiejszego, jest Need for Speed: Undercover. Mimo fali krytyki jaka spadła na ten tytuł uważam, że stanowi on powiew świeżości w serii. To produkcja, przy której warto chwilę przysiąść i dać jej szansę, bo gra się weń naprawdę nieźle. Szkoda tylko, że goniące terminy nie pozwoliły twórcom na wydanie tego tytułu 12 miesięcy później, bo momentami widać, że grze brakuje ostatecznych szlifów i przydałaby się odrobina dopracowania.

Przyglądając się teraz mojemu zestawieniu wyścigówek, dochodzę do jednego prostego wniosku – gry przestały być produkowane dla radości i spełnienia oczekiwań potencjalnego odbiorcy, a stanowią jedynie sposób na zrobienie jak największej kasy. Niestety rynek staje się coraz bardziej casualowy i mamy znacznie mniej pozycji dla prawdziwych graczy. Celowo nie wspominałem wcześniej o serii gier sygnowanych imieniem i nazwiskiem kierowcy rajdowego Colina McRae. Dlaczego o nich nie napomknąłem ? Po prostu nie chcę mieszać całkiem dobrych tytułów – za jakie uważam „Coliny” – z całą resztą (motłochu, chciałoby się powiedzieć). Przejdźmy jednak do rzeczy. Czasem cieszę się, że nie zawieszono prac nad serią Colin McRae Rally, ale oczywiście biorąc pod uwagę okoliczności (mam na myśli śmierć Colina McRae – tak dla ignorantów), krok ten byłyby w pełni zrozumiały i całkowicie możliwy (pojawiały się różne pogłoski na ten temat). Co mi się najbardziej podoba w tej niemłodej już marce ? Klimat. Niepowtarzalna atomsfera rajdów WRC. Tak na dobrą sprawę to w tej serii zmienia się tylko jakość grafiki i odrobinę model jazdy, a otoczka i klimacik pozostają takie same. Najlepsze jest to, że człowiek siadając do DIRT’a przypomina sobie jak świetnie bawił się przy pierwszym Colin McRae Rally i rozpiera go wtedy prawdziwa duma z bycia doświadczonym i obytym graczem.

You May Also Like..

Kultowe gry

Witam serdecznie w pierwszym odcinku nowego cyklu felietonów o wdzięcznym tytule „W co przypykać ?”. Celem tego małego kącika, który […]

Fallout 3

Bardzo nam miło opublikować na głównej pierwszy tekst przysłany przez Czytelnika. Bartek „Kawendish” Kawecki prezentuje Wam fragment swojego kunsztu przy […]

X-Men Origins: Wolverine

Sięgając po nową produkcję studia Raven Software spodziewałem się niezłej nawalanki do jednorazowego zaliczenia i odłożenia na półeczkę. Swoistej „zapchajdziury”, […]