X-Men Origins: Wolverine

gryk Recenzje

Sięgając po nową produkcję studia Raven Software spodziewałem się niezłej nawalanki do jednorazowego zaliczenia i odłożenia na półeczkę. Swoistej „zapchajdziury”, przy której miło spędziłbym kilka wieczorów w oczekiwaniu na wysyp wielkich hitów, który, z drobną wakacyjną przerwą, rozpocznie się już w czerwcu tego roku i potrwa aż do Sylwestra.

Jednakże wystarczyło spędzić jedną godzinę z tym tytułem, rozegrać kilka pierwszych misji, by zorientować się, że amerykańskie studio nie poszło na łatwiznę i dostarczyło nam pozycję mogącą spokojnie stawać w szranki z takimi tuzami gatunku jak God of War czy Devil May Cry.

X-Men Origins: Wolverine to nastawiona na walkę gra akcji z widokiem TPP. Produkcja ta luźno bazuje na filmie pod tym samym tytułem, wyreżyserowanym przez Gavina Hooda. Część poziomów z gry stanowią miejscówki żywcem przeniesione z kinowych ekranów, pozostałe lokacje to autorska wizja studia Raven. Warto dodać, że twórcy nowych przygód Wolverine’a mają już niemałe doświadczenie w tworzeniu produkcji wykorzystujących uniwersum Marvela – na ich koncie znajdują się między innymi całkiem niezłe Marvel: Ultimate Alliance oraz X-Men: Legends.

Tytułowy bohater raczej nie wymaga dłuższego przedstawienia. Wolverine (znany również jako Logan bądź Rosomak) to najbardziej charakterystyczna i chyba również najpopularniejsza postać z komiksowego świata Marvela. Wojownik wyposażony w wysuwane z dłoni ostrza, należący do grupy mutantów o oryginalnej nazwie „X-Men”, nad którą piecze sprawuje profesor Xavier. Postać niejednoznaczna, cynik, prawdziwy „badass” o bezwzględnych i niezwykle skutecznych metodach działania. Ostry charakter, niesamowite umiejętności oraz niewyparzony język sprawiły, że Wolverine doczekał się uwielbienia milionów fanów na całym świecie i urósł w ich oczach do rangi postaci legendarnej.

Fabularna otoczka gry przedstawia początkowe losy Logana, wyjaśniając przy tym wiele tajemnic z przeszłości tego bohatera. Twórcy zdecydowali się na przedstawienie za jednym zamachem naprawdę sporego kawałka życia naszego protagonisty, co nie najlepiej wpłynęło na odbiór całości. Historia poprowadzona jest dosyć chaotycznie, główny wątek przeplatany jest licznymi retrospekcjami z dawnych dziejów Rosomaka, a liczne cut-scenki, mimo swojej efektowności, nie stanowią pełnego wyjaśnienia fabularnych zawiłości. Scenariusz nie jest więc największym atutem tej produkcji, ale mimo wszystko spełnia on w niej znaczącą rolę. Okazuje się bowiem, że przedstawione w grze przygody Wolverine’a stanowiły niezwykle burzliwy fragment jego życia, czego potwierdzenie znajdujemy w lokacjach, w które rzucony zostaje nasz bohater. Nie chcę tutaj zbyt wiele zdradzać, aby nie popsuć niespodzianki związanej z eksploracją kolejnych leveli, ale mogę powiedzieć, że Wolvie przemierza na swojej drodze całkiem pokaźny kawałek świata, od afrykańskiej dżungli, aż po mroźną Syberię. Lokacji jest naprawdę sporo, a ich zróżnicowanie znacznie urozmaica rozgrywkę. Nie natkniemy się tutaj na syndrom „znudzenia po kilku godzinach gry”, na który cierpi niestety spora część dzisiejszych produkcji.

Pierwszym, co rzuca nam się w oczy po odpaleniu gry, jest niezwykła brutalność tej produkcji. Nie ma co owijać w bawełnę – jest ostro, krwawo, przeciwnicy wyją z bólu, a ich kończyny walają się po ekranie. Wolverine dosłownie kroi swoich przeciwników, a rozprawienie się z kilkuosobowym oddziałem żołnierzy zajmuje mu zaledwie kilka sekund. Znakomitym ficzerem jest możliwość nabijania oponentów na wystające elementy otoczenia. Długo nie zapomnę widoku dwudziestu żołnierzy wiszących na pniach rosnących w lesie drzew. Gdy nie mamy pod ręką wystającej gałęzi bądź pręta, możemy cisnąć oponentem w przepaść – rezultat równie efektywny i satysfakcjonujący. Najbardziej brutalnym akcjom dodatkowego animuszu dodaje zwolnienie czasu, które pozwala dokładnie przyjrzeć się ostatnim sekundom życia naszego przeciwnika. Z oczywistych względów nie polecamy Wolverine’a jako komunijnego prezentu, ale myślę, że na upominek z okazji bierzmowania sprawdzi się idealnie. W końcu po wizycie w kościele i spotkaniu w rodzinnym gronie trzeba będzie się jakoś rozerwać, a nowa gra Raven nada się do tego wprost idealnie.

Widać, że twórcy X-Men Origins: Wolverine mocno wzorowali się na serii God of War, ale po kilku chwilach spędzonych z Rosomakiem przekonujemy się, że produkcja z jego udziałem nie jest pozbawiona własnych, bardzo trafionych pomysłów. Mechanika gry bardzo przypomina tę z przygód Kratosa. Rozgrywka jest liniowa, przemierzamy kolejne lokacje poszatkowane starciami z przeciwnikami, zagadkami do rozwiązania i licznymi znajdźkami zwiększającymi umiejętności naszego herosa bądź odblokowującymi rozmaite dodatki dostępne do obejrzenia z poziomu głównego menu. Nasz bohater dysponuje pokaźnym wachlarzem ciosów, nie ustępując w tym elemencie innym wirtualnym zabijakom. Do dyspozycji mamy słabsze i mocniejsze uderzenia, chwyty, skoki i uniki, które oczywiście możemy ze sobą łączyć w zabójcze kombinacje. Kiedy uda nam się zablokować atak przeciwnika, gra daje nam możliwość wyprowadzenia kontrataku będącego zarazem swoistym „finisherem” – przeciwnik umiera szybko i efektownie. Czas wykonania egzekucji nie ma niestety wpływu na jej łagodność, gdyż dostępne w grze „ataki ostateczne” polegają na rozerwaniu przeciwnika na strzępy, przebiciu kręgosłupa bądź wypruciu na zewnątrz jego wnętrzności. Wiem, że nie powinienem się podniecać takimi akcjami, ale eksplozję prawdziwego entuzjazmu wywołał u mnie moment kiedy Wolvie podsunął swoją pięść pod żuchwę jednego z przeciwników i błyskawicznie wysunął pazury. Widok mrożący krew w żyłach, ale zarazem niezwykle satysfakcjonujący. Do gustu przypadło mi również dodanie do bogatego arsenału naszego protagonisty dalekich skoków. Rzeczone skoki pozwalają pokonać naprawdę spore odległości i znacznie rozszerzają zakres naszych możliwości na polu walki. Wyobraźcie sobie sytuację, w której rozwalacie kilkunastu żołnierzy rozlokowanych w gigantycznej sali po prostu skacząc z jednego na drugiego i dobijając każdego z osobna ciosem pazurami po pysku. Cud, miód i orzeszki.

Strony: 1 2 3

You May Also Like..

Kultowe gry

Witam serdecznie w pierwszym odcinku nowego cyklu felietonów o wdzięcznym tytule „W co przypykać ?”. Celem tego małego kącika, który […]

Fallout 3

Bardzo nam miło opublikować na głównej pierwszy tekst przysłany przez Czytelnika. Bartek „Kawendish” Kawecki prezentuje Wam fragment swojego kunsztu przy […]

Henry Hatsworth in a Puzzling Adventure

Kiedy pierwszy raz przeczytałem ten tytuł byłem pewien, że Henry Hatsworth in a Puzzling Adventure (dalej będzie „Henry”, miejcie litość!) […]

1 Comment

  1. Sama gra wygląda strasznie interesująco – miły, lekki odstresowywacz. Właśnie w takich grach stosunkowo niski poziom trudności (czy jeszcze lepiej – możliwość wyboru) jest dla mnie plusem. Tutaj czerpie się satysfakcję nie z powodu przejścia dalej, ale z widoku wrogów niekoniecznie w całości

Comments are closed.